SZYKUJEMY SIE NA WYPRAWE NAD BRZEGIEM DUNAJU

wtorek, 24 lipca 2012

Dzien czwarty




Port w Hirsthals

Wpływamy do Hirtshals



"Nasz" cudowny mlyn.

Jutlandzkie pola z morzem na horyzoncie.



Plaza jest tylko dla nas.

Za oknami juz jasno, ale na razie zadnego ladu nie widac. Przed nami morze polnocne. Pytamy mlodego niemca ktora godzina. Jest 6:30 czyli za trzy godziny bedziemy juz w Hirtshals. Jeszcze troche spimy. Chociaz byly nerwy z powodu niezaliczonej check in i rewolucji w brzuchu od morskiego falowania, noc nie byla taka zla. Poza zachowaniem recepcjonistki juz nic nieprzyjemnego nas nie spotkalo. Nikt nie przyszedl i nie probowal nas wyrzucac czy karac w inny sposob. Zartowalismy, ze nastepnym razem mozemy sprobowac dostac sie na prom bez zadnej rezerwacj czyli oplaty jakiej nalezy dokonac z chwila jej dokonywania przez internet. Przeciez juz wiemy, jak dostac sie do srodka bez odprawy. A dalej juz nikt nic nie sprawdza i gdyby nie sprawa dostepu do wifi, nie byloby calej tej historii. Na szczescie i stres z nia zwiazany i fatalna choroba morska jest juz za nami, tak jak norweski deszcz, bo teraz za oknami nie pada. Im jestesmy blizej Danii tym chmur jest coraz mniej. Wychodzimy na zewnatrz. Obserwujemy odbijajace sie w morzu slonce. Na horyzoncie majaczy juz Jutlandia. Odwiedzamy sklep wolnoclowy ale w koncu nic w nim nie kupujemy, za to korzystamy z probek ekskluzywnych kosmetykow. Z perfumami po wieczornych nudnosciach nie eksperymentujemy. Mimo ze juz wyraznie widac za oknami zblizajacy sie lad decydujemy sie szybko zjesc mini sniadanie i wypic herbate. Ceny szokuja. Za dwie herbaty i bulke z serem placimy ponad 50zl. Zbieramy sie bo juz wplywamy do Hirtshals. Schodzimy do naszych rowerow. Przezyly jakos nocny rejs bez szwanku. Pakujemy sakwy. Zagaduje nas polak. Zaskoczylo go ze tu na promie sa z rowerami polacy. Wymadrza  sie troche na temat tego ze jezdzimy bez kaskow. Grzecznosciowo rozmawiamy. W koncu kolej na nas wyprowadzamy rowery i juz jestesmy na dunskiej ziemi. Niebo wreszcie jest blekitne i swieci mocno slonce. Piekna pogoda lagodzi troche nieprzyjemne wspomnienia z nocy. Musimy jeszcze poprawic sakwy i ruszamy dalej. Kilkaset metrów za bramą portu jest już znak na drogę rowerową nr1. Skręcamy. Jedziemy wygodnym asfaltem i nie możemy nacieszyć się słońcem. Mijamy dużo drewnianych domków. Nietypowo wyglądają spadziste dachy bo rośnie na nich trawa. Droga którą jedziemy to szlak rowerowy. Jeżdżą tędy też samochody ale ruch jest minimalny. Co jakiś czas mijamy się z innymi rowerzystami. Jadą też ludzie na koniach. Po ciężkich warunkach w Norwegii ta cala sielanka wydaje sie nierealna. Myslimy jednak o sniadaniu i jestesmy zmeczeni rejsem wiec poslugujac sie  mapa dolaczona do naszego przewodnika zmierzamy w kierunku darmowego campingu. Mijamy miejscowosc Tversted. Kupujemy maslo ktore ma podluzny ksztalt wiec z powodzeniem miesci sie w termosie. Niestety pobolewa tez gardlo wiec kupujemy strepsilsy do ssania. Mijamy fajny zabytkowy wiatrak ktory wyglada inaczej niz polskie. Kolumna z wirnikiem wybudowana jest na dachu parterowego, podluznego budynku. Dojezdzamy do duzego platnego campingu w Skiveren. Pytamy o darmowe pole namiotowe. Okazuje sie ze jest ono wlasnie przy tym wiatraku. Zawracamy. Okazuje sie ze kryty slomą wiatrak wybudowany w 1924 roku to skansen i minimuzeum. Mozna wejsc do srodka nacisnac guzik i wysluchac krotkiej historii mlynow wiatrowych w danii. Jest tez monitor na ktorym wyswietla sie film pokazujacy zasade dzialania wiatraka. Nikt tego nie pilnuje a nic nie jest zniszczone. Decydujemy sie zrobic od razu obiad. W koncu jest juz po 12 stej. Gotujemy makaron i preparujemy gotowy sos neapolitanski z torebki. Dorzucamy kukurydze z puszki i nawet ananasa. Cala ta breja smakuje dobrze tylko szybko stygnie. Po zjedzeniu chwilke odpoczywamy. Jednak dzis nie jedziemy juz dalej. Rozbijemy tylko namiot i pojdziemy na plaze. Znalezlismy niezly kawalek trawy przy samym wiatraku. Wygodnie wchodza szpilki. Rozstawilismy juz tropik i w tym momencie zobaczylismy namiot, ktory stoi jednak jakies 150 metrow stad. Okazuje sie ze musimy sie przeniesc, bo miejsce do campingowania jest jednak tam. W zasadzie jest mozliwosc spania bez namiotow bo jest tu cos w rodzaju niskiego daszku z drewna. Mozna pod to cos wejsc i polozyc sie w spiworze. Takie daszki sa tu cztery. My chowamy tu sakwy. Nie chce nam sie na razie rozbijac namiotu. Wsiadamy na rowery i jedziemy na plaze. Jest 5 minut stad. Szersza jakies 3 razy niz w polsce. I prawie pusta. Pojedyncze osoby siedza co 200 metrow. Duzo wolnej przestrzeni. Da sie tu jechac rowerem ale nawet samochodem co jest dozwolone. Umozliwia to specyficzny  piasek ktory jest jakby ubity ale sa miejsca gdzie jest jasny i drobny tak jak w Polsce. Siadamy wlasnie w takim miejscu. Jest idealnie. Nie ma meczacego upalu tylko swiezy powiew od morza. Woda wcale nie jest taka zimna. Po odpoczynku jedziemy na rowerach plaza jakies 3 kilometry. Wychodzimy przy campingu w Skiveren. Na naszym polu nie znalezlismy wody wiec musimy ja stad przywiezc. Ogladamy tez prysznice. Sa platne wiec mimo ze nie jestesmy z tego campingu moglibysmy chyba z nich skorzystac.Moze pozniej. Tymczasem napelniamy bidony i wracamy do naszego wiatraka. Kupilismy swieze bulki i delektujemy sie maslem ktore calkiem niezle sie przechowalo w termosie. Podchodzi do nas dunczyk z namiotu ktory jest przy drugim drewnianym daszku. Chyba pyta czy tam w wiatraku jest woda. Nie. On nam mowi ze tam jest woda, toaleta i zlew. Nie musielismy jej przywozic ze Skiveren. Jakby malo bylo dobrych wiadomosci znalazl sie jeszcze telefon, a juz myslelismy ze zginal na promie. Na koniec dnia ogladamy zachod slonca, a po myciu wracamy do namiotu, ktory oznaczylismy nasza czerwona lampka z decathlonu. Widac ja z daleka. Jednak i ona sie przydala. Spimy.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dzien trzeci


Padalo cala noc, ale rano deszcz ustał. Zapłacilismy za drugą noc na campingu. Ledwo zdazylismy zagotowac wode na kuchence i znowu zaczelo padac. Przenieslismy sie wiec ze sniadaniem do pomieszczenia socjalnego na campingu. Jest tam kuchenka elektryczna, stolik dwie kanapy i telewizor. Szykujemy kanapki z pumpernikla. Dosiadaja sie polacy, ktorzy tez nocowali na naszym campingu. Probujemy policzyc ile czasu potrzebujemy na dojechanie do promu. Port jest w Risavika i sek w tym ze nie znamy dokladnej odleglosci ze Stavangeru do tego miejsca. Opierajac sie na naszych niedoskonalych mapach szacujemy ze moze to byc 10 albo 15 kilometrow. Przed nami jeszcze jednak droga powrotna do Tau okolo 5 kilometrow i przeprawa promem do Stavangeru. Po sniadaniu zaczynamy sie zwijac. W zasadzie caly czas z malymi przerwami pada. Pakowanie sakw jest dosc czasochlonne. Po zwinieciu namiotu okolo 14:30 wyruszamy do Tau. Zanim dojechalismy do drogi glownej mamy mini awarie przerzutki. Linka sie poluzowala i nie mozna zmieniac biegow. Na rowerze obladowanym sakwami najbardziej uciazliwe jest zastrzymywanie sie i zsiadanie. Typowa nóżka rowerowa nie ma szansy podeprzec roweru. Zawczasu trzeba sie rozejrzec za czyms o co rower bedzie mozna oprzec. My opieramy rowery o skrzynki na listy. Wisza zgrupowane na desce przy glownej drodze. Listonosz zostawia w nich przesylki dla mieszkancow domkow ktorych jest troche w sasiedztwie campingu. Naprawiamy przerzutke i ruszamy w dalsza droge. Solidnie pada. Mijamy sie ze starsza para rowerzystow. Wymieniamy pozdrowienia. Droga do Tau na szczescie prowadzi glownie w dol wiec dojezdzamy szybko. Prom prawie od razu przyplywa i wsiadamy. To nie ta sama jednostka ktora przyplynelismy. Wiecej jest miejsc na krytym pokladzie. Tam tez siadamy. Po doplynieciu do Stavangeru chwile spedzamy w znanej z pierwszego dnia wielkiej poczekalni. Rzeczywiscie jest tu bezplatny bezprzewodowy internet i korzystamy z tego. Decydujemy sie zwiedzic muzeum nafty. To atrakcja turystyczna Stavangeru mieszczaca sie w lsniacym, zlozonym z cylindrycznych modulow budynku, ktory ma udawac platforme wiertnicza. Jestesmy troche niepewni czy wystawa jest warta zwiedzania. Bilety sa drogie bo kosztuja w przeliczeniu 60 zl od osoby. Uznano jednak nasze legitymacje dziennikarskie i bilety dostajemy gratis. Wystawa okazuje sie byc bardzo fajna. Ogladamy modele platform wiertniczych. Wiekszosc z nich po uwzglednieniu czesci znajdujacej sie pod woda ma prawie wielkosc wiezy eifla. Przebieramy sie tez w kombinezony zalogi smiglowca ratunkowego. Sa pomaranczowe i wygladamy w nich troche jak kosmonauci. Jest juz po 18 a my przeciez na 19:30 chcemy byc w porcie a jeszcze nie wiemy gdzie to dokladnie jest. Ruszamy wiec wlasciwie juz nie zwracajac uwagi na lejacy deszcz. Inni tez sie nie przejmuja. Wielu nawet nie zawraca sobie glowy parasolami. Inni jak gdyby nigdy nic spaceruja w ulewie lub uprawiaja jogging. Mijamy ciekawa katedre, jeziorko i wjeżdzamy do parku. Pytamy ludzi o Rysavike. Okazuje się że musimy wrócić do szosy głównej. Bardzo pada a do odplyniecia promu zostało niewiele czasu. W końcu pojawiają się tablice potwierdzające że droga która jedziemy prowadzi do promu płynącego do danii. Rejon portu wygląda jak teren budowy. Mijamy różne hale i magazyny. Wreszcie widzimy nasz statek ms bergenfjord linii fjordline. Wjeżdżamy przez otwarta metalowa brame. Przejezdzamy miedzy samochodami. Trwa zaladunek samochodow. Pytamy sie jednego z pracownikow sterujacych zaladunkiem czy rowerzysci maja wjezdzac tedy. Jestesmy juz w brzuchu promu. Wskazuja nam porecz do ktorej mamy zamocowac rowery specjalnymi pasami. Wyciagamy jeszcze ubrania do spania i jakies jedzenie zeby je miec przy sobie na pokladzie. Wchodzimy schodami na gore. Fotele lotnicze, ktore mamy zarezerwowane sa na 4 pokladzie. Wszystkich pieter jest 7. Wchodzimy do kabiny z fotelami. Jest na dziobie. Zajmujemy fajne miejsca z widokiem do przodu. Za oknami pada a u nas wreszcie sucho. Bedziemy plynac ponad 12 godzin. Zastanawiamy sie co z biletami. Nikt nas dotychczas o nie nie pytal. W momencie rezerwowania biletow wykupilismy opcje korzystania z bezprzewodowego internetu. Pora ustalic jak sie z tym internetem polaczyc. Trzeba isc na recepcje. Tymczasem prom juz plynie. Na recepcji czeka nas fatalna niespodzianka. Agentka fjordline zaskoczona ze nikt nas nie pytal dotad o bilet nie moze sie nadziwic jak w ogole weszlismy na prom. Twierdzi ze przed wejsciem na prom powinnismy sie odprawic na ladzie. Nie zrobilismy tego, wiec nasza rezerwacja zostala anulowana, a miejsca sprzedane. Nie tylko
nie dostaniemy oplaconego internetu ale mamy opuscic kabine z fotelami i spedzic noc na korytarzu. W zasadzie plyniemy na gape. Sytuacja jest beznadziejna. Na domiar zlego prom jednak niezle buja i nie obejdzie sie bez torebki chorobowej. Dramat. Co tu robic za chwile jeszcze ktos przyjdzie i wyrzuci nas z tych foteli. Mimo wszystko sie nie ruszamy. Chorowanie i nerwowka trwa jakies dwie godziny. W koncu decydujemy sie zasnac. Chyba juz nikt nie bedzie zawracal nam glowy. Pasazerowie ktorym podobno sprzedano nasze miejsca jakos sie nie pojawili. Statek kolysze jakby spokojniej.
Wielka poczekalnia w przystani promowej Stavanger. 
Przebieranka w kombinezonie Oljemusem.

Za ogrodzeniem prom MS Bergenfjord.


niedziela, 22 lipca 2012

Dzien drugi

Sen przerwal nam chlod. Okazalo sie ze zasnelismy w niezamknietym namiocie. Zasunelismy tylko sypialnie, ale tropik zostawilismy niezamkniety. Osobnym problemem bylo to, że ustawilismy namiot
na pochylosci i turlalismy sie w bok. Na szczescie rano nie padalo. Wczoraj bylismy tak zmeczeni, ze odpuscilismy sobie wieczorna toalete. Aby nadrobic zaleglosci udalismy sie w strone prysznicow. Okazalo sie ze korzystanie z nich jest platne. Aby moc uzywac prysznica przez 4 minuty - trzeba do wiszacej na scianie czarnej skrzynki wrzucic 10 koron. Na campingu nie bylo bankomatu, ale udalo nam sie wyplacic 100 koron z karty na recepcji. Po powrocie do namiotu zrobilismy sniadanie, a potem znowu polozylismy sie żeby jeszcze poodpoczywac i troche pospac. Zaparzylismy jeszcze herbate i zjedlismy hałwę. Dzis zgodnie z planem nigdzie sie nie spieszymy. Kiedy tak sie wylegiwalismy znowu zaczelo siąpić. W recepcji na szybie przykleili kartke z prognoza pogody. Okazuje sie ze najwieksze opady beda nadchodzacej nocy i w poniedzialek. Troche niedobrze bo w poniedzialek wieczorem musimy dotrzec stad do portu skad odplyniemy do Danii oznacza to w sumie ponad 20 km pedalowania w ulewnym deszczu co moze byc trudne. Przed nami dylemat: korzystac z tego ze pada malo, zwijac sie juz, jechac do Tau, pozniej promem i przez tunel na camping w Stavangerze tak aby byc blisko portu jak lunie deszcz w poniedzialek czy jednak dzis podjac probe wczesniej planowanej wycieczki na skałę Preikestolen? Nie mozemy dluzej czekac bo zbliza sie juz 15sta. Jednak ruszamy na Preikestolen, ale autobusem. Boimy sie stromych podjazdow wiec rowery zostaja na campingu. Mamy za malo gotowki na bilet, recepcja zamknięta. Autobus przyjeżdża o 15:50. Znajac wlasciwie z góry odpowiedz pytamy w autobusie czy można zapłacić kartą. Kierowca bierze nas za darmo. Obiecujemy po dojechaniu na miejsce wyplacic pieniadze z bankomatu i kupic bilety. Jedziemy. Za Jorpeland droga jest bardzo stroma. Dobrze ze zostawilismy rowery. Po 25 minutach dojechalismy do miejsca skad zaczyna sie wspinaczka na Preikestolen. Kierowca mowi ze jest okej i ze nie musimy nic placic. W  sklepie z pamiatkami dowiadujemy sie ze ostatni autobus powrotny jest o 19:55. Czyli jak pojdziemy pod gore to nie zdazymy, bo droga w jedna strone zajmuje 2 godziny. Jest juz 16:40. Trudno najwyzej wrocimy na camping na piechote. Podejscie jest trudniejsze niz myslelismy. Caly czas stromo po duzych kamieniach. Pada deszcz ale w lesie mniej. Pod gore idziemy tylko my. Wszyscy juz wracaja. Po mniej wiecej pol godzinie jest wyplaszczenie i droga prowadzi po chodniku z desek. Idziemy dosc szybko choc szans na to by zdazyc na autobus nie ma. W krotkiej przerwie pijemy herbate z termosu i jemy batoniki. W dol schodza ludzie z malym dzieckiem w specjalnym plecaku. Mimo ze pada w butach mamy sucho. Peleryna tez sie sprawdza. Doszlismy do miejsca w ktorym nie wiemy gdzie dalej isc. Skaczemy z kamienia na kamien. Duzo jest blota. Wdepniecie zakonczylo sie zanurzeniem jednej nogi po kostke w blocie. Nie ma juz drzew. Idziemy po wielkich plaskich glazach. Wyprzedza nas biegnacy czlowiek ktory zdobywa Preikestolen w stylu jogging. Wreszcie widzimy w dole wode. To Lysefjord. Prawie 600m w dół. Przechodzimy skalną sciezka. Po obu stronach są łańcuchowe poręcze. Przed nami już Preikestolen po polsku to znaczy ambona. Jest to najwieksza atrakcja turystyczna regionu. Tyle ze we wszystkich folderach jest zdjecie w pelnym sloncu. Ciekawe ile razy w roku tak tu jest? Dzis unosza sie szare chmury. Robimy zdjecie z nogami zwieszonymi w dol przepasci. W dole widac stateczki plynace Lysefjordem. Musimy wracac. O autobusie mozemy zapomniec. Czeka nas 2 godziny schodzenia a przy czarnym scenariuszu kolejne 3 godziny szosą na camping. Niestety znowu boli kolano. Dobrze ze przynajmniej przestalo padac. Widzimy na horyzoncie wode, wysepki i Stavanger. Szlak oznaczony jest czerwonymi literami "t".  Nie zawsze wyraznie widac je na kamieniach. 20:45 jestesmy na dole i mamy duzo szczescia. Lapiemy autostop jedziemy mikrobusem  z malzenstwem niemieckim. Tylko pare kilometrow ale zawsze cos. Potem idziemy szosa. Machamy. Zabiera nas norweg volvo combi. Z tylu sa wedki wiec kierowca zwraca nam uwage bysmy sie nie nadziali. Z pdrzodu siedzi z nim typowo blond wlosa norweska dziewczynka. Norweg podwiozl nas na sam camping mimo ze to nie bylo na jego trasie. Obracamy namiot by dzis sie nie turlac. W namiocie jemy kisiel "slodka chwila" i kaszke. Zaczyna ostro padac. Mamy swiatlo i w namiocie nie jest zle. Czytamy jeszcze o Danii i zasypiamy.







sobota, 21 lipca 2012

Dzien pierwszy




Wózki na lotnisku Sola.
Przeprawa promowa do Tau

Z samolotu widzielismy Danie, a konkretnie Jutlandie północną, z długim żółtym paskiem plaży. Dotrzemy tam pojutrze. Po kilkunastu minutach nadlecielismy nad Norwegię.  Wszystko zielone i mocno pagórkowate. Z lotu ptaka, zmniejszone, wyglada to troche jak pofalowany mech w lesie. Dużo jezior. Po wylądowaniu od razu odebraliśmy pudła z rowerami, które wystawiono razem z wózkami dziecięcymi obok taśmociągu z bagażami.  Niepotrzebnie martwiliśmy się o to gdzie wyrzucimy pudła. Okazało się że w hali przylotów leży cała sterta spłaszczonych kartonów pozostawionych przez innych rowerzystów. Skręcalismy rowery na spokojnie wiec w sumie zeszlo nam ponad dwie godziny. Wreszcie wyruszylismy w kierunku Sandnes. Na poczatku rowery troche sie chwialy. Jednak szkoda ze nie mamy rozlozonego ladunku na sakwy z przodu i tylu. Po drodze w duzym markecie sportowym kupilismy kartridż z gazem do kuchenki. Jak tylko wyszlismy ze sklepu zacząl siąpić drobny deszcz. Rozpadało sie okropnie. Jakos dopedalowalismy do przystanku autobusowego. Zjedlismy po dwa batoniki limonkowe w bialej czekoladzie i rozpoczelismy narade co dalej. Jesli taki deszczowy spray mialby trwac to dalsza jazda bedzie problematyczna. Opady jednak troche ustaly i w koncu dojechalismy do Sandnes gdzie akurat odbywal sie wyscig na rolkach. Ulice w zwiazku z tym byly zagrodzone co utrudnialo przejazd. Znalezlismy informacje turystyczna, ale nie bylo tam zadnych lepszych map od tych co juz mamy.Pogoda nadal byla kiepska wiec zmienilismy plan i skierowalismy sie w strone Stavangeru oddalonego o 16 km.  Jechalismy przez willowe dzielnice kolorowych drewnianych domkow. Wreszcie wyjrzalo slonce. Zupelnie tego nie oczekiwalismy. Moglismy juz zdjac peleryny i nasze nieprzemakalne kapelusze rybackie. Przed Stavangerem zgodnie z drogowskazem skrecilismy na przystan, z której odpływał prom do Tau. Napotkani na przystani japończycy powiedzieli nam że bilety można kupić na statku i co ważne można zaplacić kartą. W dużej przeszklonej poczekalni jakis polak rozmawial przez skype na laptopie. Pewnie jest tu darmowe wifi. Inni polacy z dzieckiem zastanawiali sie czy mozna karmic niemowle bananem. Nie wygladali na turystow ale takich co sa tu na dluzej. Prom odplywal o 15:30. Przeprawa trwa jakies 40 minut. Caly czas swiecilo juz teraz slonce. Mijalismy skaliste porosniete wysepki i zaglowki. Doplynelismy do Tau. Bylismy juz strasznie zmeczeni i przede wszystkim spiacy. Najpierw czekal nas stromy podjazd. Marnie wygladaja szanse na camping na dziko. Mijamy tabliczki z napisem "no camping". Na szczescie widoki sa super i caly czas swieci slonce. Znowu siadamy na przystanku. Troche nie wiemy co dalej.
W sumie sytuacja nie wyglada za ciekawie bo najblizszy camping o ktorym wiemy jest 15 km stad z czego ostatnie 5km moze byc ostro pod gore. A jedna noga boli i to coraz mocniej. Jedziemy dalej i po kilku minutach czeka nas mila niespodzianka. Znak informujacy ze 700 m stad jest camping o ktorym nie wiedzielismy. To miejsce nazywa sie Solvik. Camping jest niewielki. Widzimy kilkanascie namiotow zjezdzamy wiec stromo w dol, bo polana jest bezposrednio nad woda. Recepcja zamknieta, ale kartka informuje "please find a place" wiec rozbijamy namiot. Resztki sil zuzywamy na znalezienie rzeczy w sakwach, zagotowanie wody i zalanie goracego serowego kubka i zupy ogorkowej. Ucieramy tez parmezan dla poprawy smaku. Mamy wegetarianska wersje paprykarza ktora jest bardzo dobra. Jemy to z chlebem. Masla nie mamy. Pijemy herbate. Jeszcze tylko telefon do rodzicow.
Zaplacenie 130 koron za camping u milej pani na recepcji. I zasypiamy.

















piątek, 20 lipca 2012

Wschod w modlinie

Po 2 godzinach snu poprzedzonych walka z pudlami ktora niestety trwala dluzej niz zakladalismy (bo byly problemy z wymontowaniem kierownika rowerowego) czekamy na odlot z modlina i obserwujemy wschod slonca.

Ostatnie sprawy

Zostało parę godzin do wylotu. Do wyjazdu na lotnisko 13. Sprawa wagi naszych bagaży zaczyna być problematyczna a jeszcze parę rzeczy przydałoby się dorzucić. Zostały one zakupione podczas eskapady do Arkadii i załatwione w ambasadzie Danii. Trudno było się oprzeć sfotografowaniu poniższych obiektów napotkanych w czasie wędrówki po warszawskich ulicach. A wszystko rejestrowane na bieżąco i zapisywane w ramach treningu obsługi bloggera w telefonie.



czwartek, 19 lipca 2012

Pakujemy ubranie

Pakujemy dzis reszte ekwipunku tak aby jutro móc ewentualnie testowo zawiesic sakwy na bagaznikach.